Raczej cena niż wartość i tytuł niż treść.
Raczej już numer butów, niż dokąd on idzie, ten za kogo uchodzisz – napisała ironicznie Wisława Szymborska w
wierszu Pisanie życiorysu.
Nieszczęśliwie dla bohaterów zbiorowej wyobraźni, ta zasada rządzi również
większością ich filmowych biografii. Łatwy schemat pięcia się na szczyt i
spadania w dół, przeplatane romansowym refrenem to melodia opiewająca życie
niejednego artysty, w której niewiele słychać prawdy o ich życiu wewnętrznym.
Nie w artystycznej biografii Joanna Sfara…
Lucien Ginsburg (Eric Elmosino), znany lepiej jako Serge Gainsbourg to
francuski piosenkarz z czasów tzw. rewolucji seksualnej przełomu lat 60. i 70.
Jego życie doskonale wpisuje się w schemat artysty, który tak samo szybko
zdobył sławę, bogactwo i uwielbienie kobiet, jak stoczył się na samo dno. Potrzeba
było sporo inwencji i wyobraźni, aby nie przerobić tej historii w kolejną filmową
kalkę. Jedna Joann Sfar to kolejny po Tomie Fordzie filmowy debiutant, który
pokazał, że przenoszenie swoich przyzwyczajeń estetycznych na inne dziedziny sztuki
daje nierzadko interesujący, świeży efekt.
Joann Sfar tworzy filmowy obraz Gainsbourg’a
trochę jak swoje komiksy. Podobnie jak w Kocie
Rabina, Małym świecie Golema czy Klezmerach
widać tu zainteresowanie żydowskich folklorem, nieco ironiczne i zdystansowane
spojrzenie nie pozbawione jest jednak sympatii i humoru. Gainsbourg w oczach
Sfara to przede wszystkim Żyd, a dopiero potem francuska gwiazda muzyki
rozrywkowej. Serge dorastał w okupowanej przez nazistów Francji i te wczesne
doświadczenia strachu, poniżenia i wyobcowania zdaniem reżysera w znacznym
stopniu ukształtowały jego osobowość. Swoista nieustająca batalia między traumą
a niezwykłą pewnością siebie, pokazana została jednak bez nadmiernej
psychologizacji. Widać od początku, że Sfara interesuje bardziej legenda
muzycznego herosa niż realistyczna ludzka istota. Pomysł na odrealnienie
biografii jest oczywiście nienowy, poetyka Gainsbourg’a
koresponduje w dużej mierze z filmem o Bobie Dylanie Todda Haynesa Gdzie indziej jestem (2007), w którym
głównego bohatera gra kilku aktorów, odzwierciedlając tym samym odległe od
siebie osobowości tej samej postaci. Wyraźne jest też pewne podobieństwo do filmu
Wittgenstein (1993) Dereka Jarmana,
gdzie tworzywem są zdarzenia wątpliwej prawdziwości, słynne anegdoty, ujęte w
bajkową poetykę, ale przede wszystkim do Boskiego
(2008) Paolo Sorrentino, gdzie wszystkie realistyczne elementy zredukowano, aby
podkreslić charyzmę głównego bohatera. Wizja Sfara wyrasta z podobnych przeświadczeń,
że to co wewnętrzne, jest tak samo istotne jak zewnętrzne zdarzenia, a może
nawet ważniejsze. Dlatego tyle miejsca zajmują podróże z uciążliwym pasażerem
na gapę, którym jest ucieleśniona nazistowska idea Żyda – pasożyta oraz
groteskowe dialogi z własnym alter ego - zabawną karykaturą Serge’a z
monstrualnym nosem i odstającymi uszami.
Bohater jednej z powieści Alberta
Camusa powiedział, że czasem czyta się jaśniej w tym, który kłamie, niż w tym, który mówi prawdę. Prawda
oślepia jak światło. Te słowa mogłyby być mottem dla wizji jakie
snuje Sfar. Przez cały film obserwujemy zabawę
fikcją i to przynajmniej trojakiego rodzaju. Z jednej strony wyłania się
pełna egocentryzmu domniemana fantazja Gainsbourga o samym sobie –
kontrolującego wszystko władcy marionetek, urodzonego gwiazdora, pewnego siebie
buntownika i pełnego poczucia humoru uwodziciela. Na ten obraz nakładają się
wizje Sfara – choć rozgrzeszające swego idola, pełnią funkcję korekty jego
motywacji, obnażają nieco jego kłamstwa i racjonalizacje, jednak niewiele w tym
demaskatorskiej pasji, to raczej dobrotliwe grożenie palcem dziecku, które
najadło się słodyczy przed obiadem. W trzeciej wersji to Gainsbourg interpretuje
twórczość reżysera – tworzy rysunki jego kreską, podsuwa kotu dialogi, na wzór
komiksu Kot Rabina; jego wewnętrzny głos
ma zmaterializowaną postać; komentuje też zachowania bohatera zgodnie ze
swoistym poczuciem humoru Sfara. Tym spiętrzeniem poziomów fikcji reżyser
oddaje najwyższy hołd swemu ulubieńcowi, zdradzając tym samym, że Gainsbourg
stworzył go w takim samym stopniu, w jakim on – Gainsbourg’a.
Najbardziej charakterystyczną
właściwością losów francuskiego artysty jest dwubiegunowy popęd Erosa i
Tanatosa: jeden wyniósł go bez trudu na szczyt, drugi - skazał na klęskę. Od
wczesnego dzieciństwa Serge wykazywał niezwykłą śmiałość i naturalność w
podejściu do kobiet, budzących w nim żywe zainteresowanie. Na miłosnych
sukcesach jednak kładł się ponury cień zmagań z antysemicką nagonką w
okupowanej Francji. Gdy dla młodego człowieka seks i śmierć są stale na
wyciagnięcie ręki, musi on nauczyć się żyć w tej ambiwalencji, w której każda
ze stron napędza drugą. Dotyk nicości wzmaga apetyt na życie, wzmacnia odruch
trzymania się go kurczowo, z drugiej strony seksualna rozwiązłość,
przekształcająca życie w niekończącą się kakofonię polowań, orgii i
rozczarowań, budzi czasem chęć wycofania się, a nawet autodestrukcji. Młody
chłopak z tą samą pasją zagadywał dojrzałe kobiety w barze, z którą potem
wyśmiewał nazistowskich okupantów. Doskonała jest scena, w której Serge jako
pierwszy entuzjastycznie zgłasza się po odbiór Gwiazdy Davida, mijając kolejkę zszokowanych,
przerażonych ludzi. Nie ma żadnego znaczenia dla filmowej opowieści czy takie
wydarzenie miało miejsce czy nie, ważne że sygnalizuje beztroskę bohatera w
podejściu do śmierci, beztroski, która od tamtej pory nie opuściła go już
nigdy. Gainsbourg nie był typem artysty, który cierpliwie szlifował swoje
umiejętności, powoli dążąc do twórczej perfekcji, śpiewał raczej o tym „co mu w
duszy grało”. Jego dorobek nie charakteryzują typowe amplitudy wznoszenia się
na szczyt i artystycznej degradacji, ale kapryśne okoliczności i ekstrawagancja
w podejściu do poważnych spraw. Jako dziecko nie przepadał za muzyką, chciał
być malarzem, to trudności finansowe zmusiły go do grania w podrzędnych barach.
Dopiero żywe zainteresowanie ze strony damskiej publiczności rozbudziło w nim
chęć do tworzenia własnych kompozycji.
W filmie poznajemy przybliżoną genezę
trzech bardzo ważnych dla Gainsbourg’a piosenek – Bonnie and Clyde, Je t'aime... moi non plus, La Javanaise, każda
związana z inną kobietą: Brigitte Bardot (Laetitia Casta), Jane Birkin (Lucy
Gordon) i Juliette Greco (Anna Mouglalis). W tych utworach ujawnia się to, co
najlepsze w twórczości artysty – semantyczne i fonetyczne zabawy językiem
francuskim, żonglowanie kulturowymi znaczeniami oraz werbalno – dźwiękowe
ćwiczenia w oddawaniu subtelnych odcieni tego samego uczucia (do historii
przeszła skandaliczna piosenka Je
t'aime... moi non plus, w której kobiecy
głos, przechodzący od szeptu do imitacji orgazmu, jest jakby osobnym
instrumentem).
Trudno uchwycić moment, w którym
autodestrukcja wzięła górę nad umiłowaniem życia, miłości i zabawy. Sfar
pozostawia to wyobraźni widza, sugerując jedynie, że jedno nie wyklucza w pełni
drugiego, a wzajemne współistnienie może przynosić nieprzewidziane skutki. Bohater,
którego los, mimo sukcesów, żałośnie z jednostajnym przyspieszeniem podąża ku
klęsce, w obiektywie Sfara jest jednak niejednoznaczny, lubimy go mimo głupoty,
przedkładamy jego osobisty urok i wrażliwość nad życiową aktywność, będącą
jedynie błahym oscylowaniem wokół własnych zachcianek i impulsów. Infantylizm
przechodzący nieoczekiwanie w chłopięcy urok, chęć łatwego rozgłosu, mieszająca
się z rzeczywistym artystycznym buntem i żydowską przekorą… to wszystko nie
pozwala wsunąć bohatera gładko do jednej szufladki. Sfar w dużej mierze
umożliwia nam zrozumienie jak ten egoistyczny brzydal mógł uwieść tyle pięknych
kobiet, nie wkładając w to zbyt wiele wysiłku. O ileż to ciekawsze od kolejnej
Prawdziwej Historii Wielkiego Artysty!
Ludwika Mastalerz, Filmy.pl